czwartek, 12 czerwca 2008

Melon

Nie napisałem o jednej wycieczce, a pewnie teraz nie będzie to już tak dokładne. Ale może to i lepiej, bo wycieczka była trzydniowa, więc i post byłby trzydniowy.
Najpierw jednak nawiążę do tytułu tego posta. Jem melona. Wczoraj jakimś cudem będąc w Jumbo nie wiedzieć czemu kupiłem sobie melona przewidując, że dzień później będę miał na niego ochotę. Za oknem jakieś 30 stopni w cieniu, nie da się wysiedzieć. Rano egzamin, na którym nie dało się wysiedzieć. Klimatyzacja oczywiście w sali nie włączona, więc 100 osób gnieździło się w tym piekarniku przez trzy bite godziny. Cały egzamin przesiedziałem półprzytomny, więc sam nie pamiętam dokładnie co pisałem. Po egzaminie wyprawa do student's union, bo potrzebowali coś załatwić w Polsce, zaraz potem obiad, i znów wyprawa, tym razem do akademików. Przy takiej pogodzie most łączący kampus z drugą stołówką nie ma końca. W rzeczywistości koniec ma - około 100 metrów od początku.
Wróciwszy do pokoju zacząłem sprzątać, bo po wczorajszym wyjeździe Issany zostało mi trochę rzeczy, które muszę przekazać innym ludziom. Sprzątając napotkałem zakupionego wczoraj melona, który niezwykle mnie ucieszył i zaraz został przepołowiony.
Teraz siedzę, słucham brazylijskiej muzyki, piszę i pochłaniam melona. Na łóżku spoczywa sobie jeszcze spokojnie pożyczona gitara, którą za chwilę będę maltretował do jakichś piosenek Jacka Johnsona albo innych takich. Jeśli uda się zgadać z jedną dziewczyną z Brazylii, to będę musiał poćwiczyć jakieś piosenki na niedzielę, żeby z Nią grać:) Za oknem calor (upał), a jeszcze trzeba dziś wyjść, bo w końcu Polska gra.. Jeśli taka pogoda będzie w Hiszpanii w lipcu, to umrzemy przed przekroczeniem granicy Hiszpańskiej. Oczywiście przesadzam, chociaż dziś czuję się jakbym nie przesadzał:P

A co do wycieczki..
dwa tygodnie temu (jeśli mnie pamięć nie myli) mimo testu z elektroniki (którego niestety nie zaliczyłem jak się dziś dowiedziałem) pojechaliśmy na ostatnią w Portugalii wycieczkę erazmusową. Jak zwykle zebraliśmy się wcześnie rano a wyjechaliśmy z opóźnieniem, to już taka nasza tradycja.
Pierwszego dnia spanie przewidziane było w Evorze. Zanim jednak tam dojechaliśmy odwiedziliśmy kilka ładnych i kilka brzydkich miejsc. Najpierw bardzo ładny park na wzgórzu jeszcze w okolicach Aveiro (koło Luso) gdzie znajdował się bardzo zadbany, klimatyczny pałacyk. Tak wszamaliśmy nasze śniadania i się zgubiliśmy a następnie pojechaliśmy dalej. W autobusie musiałem spać, bo nagle znaleźliśmy się w Fatimie. No i właśnie a propos miejsc brzydkich. Fatima - wiadomo - trzeba pojechać, zobaczyć, to tak jakby być w Rzymie i nie wpaść do Watykanu, albo być w Częstochowie i nie skoczyć na Jasną Górę.

Jeśli ktoś jest delikatny, wierzący, lub boi się, że urażę jego uczucia religijne, niech ominie poniższy akapit. Jednak jak to mówi mój kolega: "Tylko głupiemu można urazić uczucia religijne"...

Niestety pomimo szacunku, który jeszcze we mnie gdzieś siedzi (chociaż czasem nie wiem dlaczego), to miejsce uważam za okropne. Beznadziejne, obrzydliwe, bezcelowe, marne, żałosne i po prostu kiczowate.
Cała Fatima składa się z kościoła, dwóch kaplic, wielkiego placu i masy straganów i sklepików z dewocjonaliami. Trzeba przyznać, że udało nam się tam kupić całkiem niezły chleb, więc zaistniał jeden plus.. A co do kaplic... Pierwsza na odstrzał poszła ta w której miejscu "obawiła sie Matka Boża" - cytuję. Przed kaplicą ludzie chodzą na kolanach, podobno, żeby im lepiej było.. ja tam myślę, że tylko ich po tym kolana bolą.. ale cóż.. W kaplicy obrzydliwie smutna msza, jak z resztą zawsze. Pan na podwyższeniu mówił coś po portugalsku, a potem wierni powtarzali jakiś monotonny łańcuch słów (zawsze ten sam). Kaplica wyglądała jak zwykły budynek, kwadratowy, otwarty z jednej strony.. nic ciekawego.
Wybraliśmy się więc zatem do dużej nowej kaplicy. Tam już Matka Boża się nie obawiła, ale pomyśleliśmy, że może też jest fajnie. Nie było. Przez kaplicą stał gigantyczny krzyż wyglądający jak zrobiony przez dzieci na jasełka. Mimo, że wyglądał jak drewniany, to był stalowy. Kiczowaty. Do kaplicy prowadziło chyba 12 wejść (tyle co apostołów). Każde wejście jednego apostoła. Po wejściu do kaplicy poczułem się jak w całkiem ekskluzywnej galerii sztuki. Wrażenie minęło, gdy zobaczyliśmy salę z krzesłami. Wtedy poczułem się bardziej jak w sali koncertowej. Jak zauważył Tomek sala idealna na koncerty Jazzowe, a akustyka na pewno też niczego sobie. Tylko ten Jezus na środku przeszkadza.. Z resztą modernistyczna rzeźba Jezusa wygląda co najmniej groteskowo. Dla mnie po prostu śmiesznie. Olbrzymie stopy, twarz jak z mangi (dla tych, którzy nie znają - to takie japońskie bajki), pozycja co najmniej dziwna. Trudno mi było się odnaleźć tam, bo nie wiedziałem, czy to na pewno jest kościół czy nie. Druga kaplica jak widać też nie przekonałą mnie do tego "świętego" miejsca. Został kościół. "W kościele nadzieja" pomyślałem - tylko, żeby to nie zostało odebrane źle;) Poszliśmy więc na kawę i potem do kościoła.. Kościół jednak też mnie nei zachwycił. Mimo, że najstarszy z tych trzech budowli był po prostu brzydki. Przynajmniej Jezus w środku wyglądał bardziej standardowo.

Po takich przeżyciach wsiedliśmy znów do autobusu i pojechaliśmy do Evory. Tam okazało się, że mieszkamy pierwszą noc w byłym (albo i aktualnym) seminarium duchownym. Pokoiki malutkie, światła prawie nie było, w sali jadalnej ambona i kamienne stoły, na podwórzu pomnik Matki Boskiej i dzwony prawdopodobnie wzywające na modlitwę. Nas na szczęście nie wołały.
Wieczorem czas wolny na jedzenie i później koncert. Jak przystało na najstarsze miasto Portugalii (jedno z najstarszych) zaserwowano nam tradycyjna muzykę.... Irlandzka;) Tak tak. Na głównym rynku odbył się wspaniały koncert tradycyjnej muzyki irlandzkiej w wykonaniu jakiegoś małego, ale dobrego zespołu. Tak więc w Evorze rozbrzmiały takie pieśni jak Irish Rover, Dirty Old Town, Whiskey in the Jar, na nasze życzenie Molly Malone i wiele innych. Po koncercie poszliśmy jeszcze do dyskoteki "Republica Banana", w której jednak byliśmy już mocno wydojeni (używając ekspresji Poznaniaków), więc szybko wybraliśmy się do naszego seminarium spać.

Następnego dnia od rana zobaczyliśmy jeszcze kaplicą z kości (podobną mamy gdzieś w Polsce, tyle, że tutaj na ścianie wiszą jeszcze dwa trupy - trochę pogaństwem zalatuje jak na kaplicę chrześcijańską, nie? Następny przystanek to obiad w winiarni. Oczywiście degustacja wina i obejrzenie całej winiarni od góry do dołu nastąpiło najpierw, a potem spożyliśmy pyszny portugalski obiadek na świeżym powietrzu. Później jeszcze spacer między polami winogron, jeziorkami i wzgórzami.. W takim miejscu mógłbym pracować, nawet jeśli miałbym tam siedzieć w boxie i programować, to chociaż wśród takich pól winogron;) Po obiedzie odwiedziła nas grupka autochtonów, którzy śpiewali nam piosenki jakie to Alantejo nie jest piękne, i że zostawiła ich dziewczyna, ale Oni i tak kochają Alantejo. Dla nie wtajemniczonych Alantejo to kraina w Portugalii na południe od Tejo (czyli rzeki przepływającej przez Lizbonę). Alantejo jest faktycznie piekne, chociaż może być nudne, bo około 50% całej powierzchni to sady korkowe, druga połowa to winiarnie.
Po dojechaniu do Quarteiry (Algarve) byliśmy nieco zszokowani. Przed wszystkim dech w piersiach zaparł nam sam widok oceanu, później jednak zobaczyliśmy nasz 3-gwiazdkowy hotel z basenem i dopiero nas zatkało. Muszę powiedzieć, że w tak ekskluzywnym hotelu jeszcze w życiu nie byłem;) No i 30 metrów od wejścia do hotelu - ocean, więc nawet butów nie trzeba było zakładać idąc na plażę;)
Jeszcze tego dnia wieczorem było święto rybaków, więc w mieście wielki targ z jedzeniem owoców morza. Za 3 euro udało nam się spróbować szaszłyków z kalmara (chyba) i kilku innych przekąsek jak kulki z dorsza i ziemniaków, kraby itp. Później jak to na takich wycieczkach pojechaliśmy do Albufeiry na dyskotekę. Albufeira to miasto typowo turystyczne, więc pełne dyskotek. Nie podobało mi się.. Dyskoteka pełna starych anglików. Nie mam nic do anglików ani do starszych ludzi, ale nie było to super miejsce na zabawę dla grupy studentów. Choćby ze względu na ceny, które były dostosowane do ich standardowych klientów...
Następny dzień zleciał nam już tylko na plaży szukając muszelek, opalając się, kąpiąc itp.. Ocean jak ocean.. dużo nie umiem powiedzieć, bo chyba wszędzie wygląda tak samo... pozioma kreska na horyzoncie, parę żaglówek, a na plaży słomkowe parasole. Po drodze do domu wpadliśmy jeszcze raz do Albufeiry, która w dzień wyglądała dużo lepiej niż w nocy. W sklepie z tradycyjnymi afrykańskimi pierdółkami zakupiliśmy z Tomkiem po bransoletce i obiliśmy z Panią sprzedawczynią "deal", że za rok tu wrócimy, żeby nam te bransoletki zdjęła. Zawsze to jeszcze jeden powód, żeby tam wrócić.

Z Albufeiru już prosto udaliśmy się do Aveiro. No i zaczęliśmy się żegnać. Z Joao musieliśmy się pożegnać już definitywnie.. raczej więcej go nie zobaczymy, a szkoda, bo przewodnik był z Niego przedni:)

Tak minęła ostatnie wycieczka erazmusowa z Uniwersytetu Aveiro 2007/08.. Miło, pięknie i wesoło, ale w sumie smutno..

6 komentarzy:

mamuśka pisze...

No, trochę smutno:( Ale piszesz za to coraz lepiej!

KASIA pisze...

Tylko jedna uwaga krytyczna;-p
"Następny dzień zleciał nam już tylko na plaży szukając muszelek (...)" - to znaczy, że ten dzień szukał muszelek?;-)
A tak w ogóle to nie powinnam Cię czytać, jak Konrad nockę odsypia, bo mało się ze śmiechu nie popłakałam i musiałam sobie ręką usta zakrywać, żeby go nie obudzić.
Piszesz kapitalnie:-)

Anonimowy pisze...

Zaglądam tu czasem do Ciebie i za każdym razem przypominają mi się Twoje listy ;) Masz bardzo charakterystyczny styl pisania, aż przyjemnie się czyta :)

Gosia

Leśna pisze...

no co tu tak nagle zamilkło? czemu nic nowego się nie dzieje?

Anonimowy pisze...

ciekawie i bardzo przyjemnie się Ciebie czyta, to fakt - popieram przedmówcę ;) ostatnio zaczęłam studia na Wszechnicy Polskiej i muszę się wam pochwalić super wyborem, otóż ta uczelnia nie dość, że słynie z wysokiego poziomu nauczania to klimat jest kapitalny :) bez zbędnej spinki, naprawdę jest fajnie, polecam waszym znajomym

Anonimowy pisze...

ciekawie i bardzo przyjemnie się Ciebie czyta, to fakt - popieram przedmówcę ;) ostatnio zaczęłam studia na Wszechnicy Polskiej i muszę się wam pochwalić super wyborem, otóż ta uczelnia nie dość, że słynie z wysokiego poziomu nauczania to klimat jest kapitalny :) bez zbędnej spinki, naprawdę jest fajnie, polecam waszym znajomym