wtorek, 22 kwietnia 2008

Hiszpański Triptyk - EPILOG: Valencia

Tak się złożyło, że w ostatni weekend trafiliśmy do Walencji (czy Valencji jak kto woli). Piszę "trafiliśmy" bo tak to jest z podróżowaniem Ryanairem - lecisz tam gdzie tanio, a nie tam gdzie chcesz;) Po prostu chciałem gdzieś pojechać z okazji moich urodzin i padło na Walencję, bo tam były tanie bilety.
Tak więc zebraliśmy cztery osoby, zakupiliśmy bilety samolotowe i Zaczęliśmy szukać noclegu. Jak to biedni studenci na erazmusie nie przeszliśmy do najprostszej opcji -> hostel, tylko zaczęliśmy najtaniej (i zarazem bardziej skomplikowanie) - Couchsurfing i nasza-klasa.
W Couchsurfingu nie znaleźliśmy pomocy, więc rozpoczęliśmy akcję wysyłania wiadomości na naszej klasie licząc na to, że jakiś inny Erazmus przebywający akurat w Walencji nam pomoże. Wysłałem dokładnie 124 (słownie sto dwadzieścia cztery) wiadomości. Otrzymałem odpowiedzi od połowy z tego. Kilka nawet dość obiecujących. Szczęśliwie udało się znaleźć chłopaka, którego znajomy mógł nas przenocować. Kolega nazywa się Paweł i jest z Krakowa.
Tym więc sposobem wycieczka stała się naprawdę tania.

Do Walencji dolecieliśmy tragicznym lotem w piątek dnia 18.04. Lot był tragiczny bo warunki pogodowe nie sprzyjały. Takich turbulencji jak teraz w piątek to jeszcze nie przeżyłem. Myślałem, że już spadniemy do tego Morza Śródziemnego. No ale udało się.. wylądowaliśmy. Do mieszkania, w którym mieliśmy mieszkać jakoś dojechaliśmy i postanowiliśmy w pierwszej kolejności coś zjeść. W związku z tym przygotowaliśmy dla wszystkich mieszkańców i nas samych wypasioną fasolkę po bretońsku. Niestety nie znaleźliśmy porządnej kiełbasy, więc była z salami:P

Po wielkim obiedzie poszliśmy na miasto. Pierwszego dnia nasz gospodarz Paweł i jego znajomy Szwajcar Marc poszli z nami. Pokazali nam kilka najważniejszych budynków w mieście jak opera, L'Hemisferic, park nauki i sztuki. Wszystkie budynki piękne, białe, na zewnątrz ozdobione jakby mozaiką. Wszystkie zaprojektowane przez jednego architekta Santiago Calatravę. Oczywiście w nocy oświetlone, co poprawia jeszcze efekt.
Po powrocie ze spaceru okazało sie, że współlokator Pawła zrobił w domu wielką imprezę. Że ktoś do Niego przyjdzie wiedzieliśmy, ale nikt się nie spodziewał tylu osób. W zaistniałej sytuacji trudno było iść spać. położyliśmy się dopiero koło 4 czy 5 w nocy, więc następnego dnia spaliśmy naprawdę długo.
W sobotę wyszliśmy do miasta o godzinie 14. Metrem dojechaliśmy do Plaza de Torro i stamtąd ruszyliśmy na zwiedzanie. Valencja mnie trochę rozczarowała.. nie ma jakichś wielkich olśniewających zabytków, a co gorsza nie jest bardzo zadbanym miastem. Przeszliśmy się po całym centrum miasta oglądając wszystkie najważniejsze budynki, kościoły, katedrę, stary market, główny plac itp. Cała wycieczka zajęła nam niej niż 4 godziny, więc naprawdę miasto nie jest duże.
Wieczorem byliśmy mocno zmęczeni słońcem, chodzeniem itp, więc postanowiliśmy tylko zjeść obiad i iść spać. Tym razem na obiad był makaron z sosem pomidorowo-mięsno-groszkowym. Było pysznie. Niedługo po obiedzie poszliśmy spać, bo następnego dnia mieliśmy już samolot, a chcieliśmy zahaczyć jeszcze o plażę. W końcu to nasz pierwszy raz nad Morzem Śródziemnym.

Niestety następnego dnia pogoda nie była już tak piękna. Powiedziałbym nawet,że było brzydko.. od rana padało, potem przestało, ale nadal było zimno. Więc plażę zobaczyliśmy tylko przez 15 minut, dotknęliśmy wody i poszliśmy na metro.. No i samolot.

Lot powrotny był zdecydowanie bardziej spokojny. Bez problemów, wstrząsów i stresu dotarliśmy do Porto. A stamtąd jak zwykle tą samą drogą do Aveiro..

4 komentarze:

KASIA pisze...

Od turbulencji tak łatwo się nie spada;-p Choć ja bym już pewno pisała testament na Twoi miejscu;-)

Mateusz pisze...

No niby się nie spada, ale nim tak szarpało, że prawie z fotela wypadaliśmy;)

Leśna pisze...

pozdrowionka z Valladolid, dwa dni temu bylam w Porto hehe piekne miasto caly tydzien spedzilam w portugalii w barsesos i bradze jutro jade do sarragossy i pozniej na weekend do barcelony ;)

Mateusz pisze...

Hehe wypas! Szkoda, że mnie nie odwiedziłaś;)
Pozdrowionka!